W ludwisarni Felczyńskich w Taciszowie czas mierzy się inaczej. Nie kalendarzem czy zegarem, ale procesem wysychania gliny, która tworzy otulinę dla przyszłego dzwonu. Wykonywane przez Bogumiłę i Zbigniewa, a także ich córkę Agatę rzemiosło otrzymało wiele nagród, jednak ta, którą otrzymali niedawno – złoty medal Izby Rzemieślniczej oraz Małej i Średniej Przedsiębiorczości w Katowicach – ma dla nich szczególne znaczenie. Została bowiem przyznana przez środowisko, które rozumie wartość pracy rąk, doświadczenia i tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie.
Medal od ludzi rzemiosła
Złoty medal wręczony Zbigniewowi Felczyńskiemu jest wyrazem uznania dla pracy wykonywanej w duchu dawnego rzemiosła, ale też dla rodziny, która ocaliła jedną z najrzadszych polskich specjalizacji. W laudacji prof. Jan Klimek, prezes zarządu Izby Rzemieślniczej w Katowicach, podkreślił, że z wielkim szacunkiem odnosi się do spotkania z przedstawicielami ludwisarni w Taciszowie, bo było ono okazją do rozmowy z ludźmi reprezentującymi zawód o wyjątkowym znaczeniu.
Jak zaznaczył, rodzina Felczyńskich od ponad dwóch stuleci tworzy dzwony, „które nie tylko wyznaczają czas, ale także towarzyszą ludziom w najważniejszych chwilach życia: modlitwie, świętach, chwilach narodowej pamięci i duchowej jedności”. W laudacji wybrzmiało także uznanie dla tego, że w Taciszowie wciąż pielęgnowana jest tradycyjna technika ludwisarska, przekazywana z ojca na syna, bez utraty autentycznego charakteru.
To ważne słowa, bo ludwisarstwo nie jest zwykłą produkcją. Dzwon staje się instrumentem, znakiem rozpoznaczym parafii, nośnikiem pamięci, a czasem pomnikiem fundatorów. Powstaje ręcznie, długo i z myślą o czasie znacznie dłuższym niż ludzkie życie. Zbigniew Felczyński, przytaczając słowa profesora Klimka, nie ukrywa wzruszenia.
- Chciałbym, żeby w artykule wybrzmiała moja wdzięczność za to wyróżnienie – mówi.
Zatem – wybrzmiewa.
Od Kałusza do Taciszowa
Tradycje ludwisarskie rodziny Felczyńskich sięgają XIX wieku i terenu dawnej Ukrainy, dokładniej miejscowości Kałusz w obwodzie iwanofrankiwskim. W 1808 roku Michał Felczyński otworzył tam swój pierwszy zakład. Początkowo był wędrownym ludwisarzem, a nauki fachu pobierał u niemieckich odlewników na obszarze dzisiejszej Wielkopolski.
Prowadzony przez rodzinę zakład wykształcił wybitnych ludwisarzy, a wraz z wyjazdem Ludwika Felczyńskiego, wnuka Michała, do Przemyśla dał początek kolejnym wytwórniom. O klasie i pozycji firmy świadczyła współpraca z wybitnymi rzeźbiarzami, między innymi Aleksandrem Borawskim i Xawerym Dunikowskim. Rodzina zdobywała także prestiżowe nagrody: na międzynarodowych wystawach w Paryżu w 1927 roku oraz na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929 roku.
Ludwisarnia w Taciszowie jest częścią tego dziedzictwa. Jej początki wiążą się z Tadeuszem Felczyńskim i kontynuującym jego pracę synem, Zbigniewem Felczyńskim. To szóste pokolenie rzemieślników wywodzących się z Kałusza. Taciszowska odlewnia należy dziś do najstarszych tego typu zakładów na Śląsku.
Historia rodziny jest też opowieścią o wojennej wyrwie. Dzwony były rekwirowane, zakłady przerywały działalność, brakowało metalu, a część wiedzy mogła przetrwać tylko w pamięci ludzi.
– Technikę wyrabiania dzwonów teść zachował w pamięci, choć gdy widział na własne oczy jak jego ojciec wytwarzał dzwon, mógł mieć zaledwie 9 lat – mówi Bogumiła Felczyńska.
Ojciec Tadeusza Felczyńskiego zmarł w trakcie przesiedlania Polaków ze wschodu na ziemie zachodnie. Mimo tej przerwy w przekazywaniu wiedzy o tradycyjnym rzemiośle, młody sukcesor po latach potrafił odtworzyć warsztat niemal z pamięci: szablony, wózki, piece, sposób budowania form i kolejne etapy pracy. W ludwisarstwie taka pamięć ma ogromną wartość, bo dzwon żyje dłużej niż jego twórca.
– Dzwon żyje średnio 200–300 lat. Trudno przewidzieć, co się z nim stanie. Nas już przecież dawno nie będzie na świecie – zauważa ludwisarka.
Ulepione z tej samej gliny
Najpierw powstaje rdzeń, później tak zwany dzwon fałszywy, a następnie zewnętrzna część formy, czyli kapa. Na powierzchni układane są litery, ornamenty, wizerunki świętych i elementy dekoracyjne. Wykorzystuje się wosk, łój, glinę, a nawet masło.
- Forma trafia później do suszarni. Pod wpływem wysokiej temperatury elementy tłuste wypływają, a w glinie zostają ich negatywy. Potem formę trzeba rozebrać, usunąć dzwon fałszywy, ponownie złożyć rdzeń i kapę. W pustą przestrzeń między nimi zostanie wlany metal – wyjaśnia poszczególne etapy pracy Bogumiła Felczyńska.
Jak podkreśla, do tego momentu prowadzą miesiące pracy.
Odlew odbywa się zwykle wieczorem albo nocą. Formy są zakopywane w jamie, ziemia dokładnie ubita, a do każdej formy prowadzi osobny kanał. Metal rozgrzany do około 1200 stopni wpływa do kolejnych form.
- Po wszystkim trzeba czekać kilka dni. Dopiero wtedy można wydobyć dzwony, rozbić glinę i rozpocząć czyszczenie, wygładzanie, polerowanie oraz zabezpieczanie powierzchni - tłumaczy ludwisarka.
Każdy dzwon ma własną twarz
Bogumiła Felczyńska zajmuje się także ornamentami. To dzięki nim dzwon staje się niepowtarzalny. Może mieć wizerunek świętego, herb, różaniec, pszczoły, gołębie, motywy myśliwskie albo symbole związane z fundatorem.
– Zawsze jest inny. Nawet Matkę Boską Częstochowską, choć jest to pewien kanon, za każdym razem wykonuję unikatową – mówi.
To ważne, bo dzwon rzadko jest anonimowym przedmiotem. Ma imię, historię, miejsce i ludzi, którzy go ufundowali. Bywa pomnikiem parafii, rodziny, środowiska zawodowego albo całego miasta.
Felczyńscy wykonywali dzwony między innymi dla myśliwych, pszczelarzy i hodowców gołębi. Przy jednym z takich zamówień nie wystarczył symboliczny gołąb. Musiał to być konkretny gatunek, z odpowiednim profilem, ogonem i charakterystycznymi cechami.
Dzwony z Taciszowa na każdym kontynencie
Dzwony Felczyńskich można usłyszeć w wielu miejscach Polski i świata. Trafiały również w bardzo odległe miejsca.
– Nawet na polskiej stacji polarnej dzwoni nasz mały dzwonek. Jest tam gwiazda polarna i biały niedźwiedź – opowiada Felczyńska.
W Gliwicach i okolicy dzwony z Taciszowa biją między innymi w lokalnych parafiach. Felczyńscy wspominają Taciszów, kościół przy ul. Kozielskiej, Bartłomieja a także inne świątynie w regionie.
Szczególne miejsce w ich pamięci zajmuje jednak Serce Łodzi, dzwon przy łódzkiej katedrze. Jak podkreśla Zbigniew Felczyński, był nie tylko zamówieniem ludwisarskim, ale wielkim wydarzeniem społecznym. Nawiązywał do przedwojennego dzwonu ufundowanego przez mieszkańców i rzemieślników Łodzi, utraconego w czasie wojny.
Przygotowania trwały ponad rok. Były konkursy, koncerty, wydarzenia, uroczystości i ogromne emocje podczas wciągania dzwonu na wieżę.
Bez spisu, w pamięci
Felczyńscy nie prowadzą pełnego spisu wykonanych dzwonów. To świadoma decyzja związana z wojenną historią. W czasie okupacji dokumenty ludwisarni mogły służyć do odnajdywania dzwonów ukrywanych przez parafie przed rekwizycją.
- Dlatego w rodzinie zapadła decyzja, aby szczegółowych wykazów nie tworzyć – wyjaśnia ludwisarka.
W 2015 roku tradycyjna technika ludwisarska stosowana w ludwisarni Felczyńskich została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego.
Gdy odwiedzamy pracownię, z pracy rąk i rzemieślniczej tradycji rodzi się tam właśnie 12 nowych dzwonów. Dwa wielkie, stalowe czekają na konserwację – ich przeznaczeniem jest afrykański ląd. Oglądamy wielki piec, do wnętrza którego przez wąskie drzwiczki musi się dostać ludwisarz, by zamontować element niezbędny do wypłynięcia ciekłego metalu. Stoimy nad wielką wyrwą w ziemi, w której zostaną w przyszłości zatopione kolejne dzwony. Czujemy się częścią jakiejś wielkiej, szlachetnej i pięknej historii.
PS.
Stawiam ostatnią kropkę w tekście, jest 12.00. Za oknem biją dzwony gliwickich kościołów - ich dźwięk niesie się po ul. Zwycięstwa.
Adriana Urgacz-Kuźniak
Zdjęcia: Michał Buksa


Komentarze (0) Skomentuj