Kiedy poczuł Pan, że historia, a szczególnie działania wokół starego cmentarza żydowskiego, to coś więcej niż zwykłe hobby?
Historia była obecna w moim życiu już od wczesnego dzieciństwa – w domu było dużo pamiątek po przodkach, a opowieści o przeróżnych rodzinnych historiach zawsze towarzyszyły nam przy stole. Działania wokół cmentarza zaczęły się przypadkowo, od przeczytania, nieco z nudów, książki w trakcie pandemii. To wtedy właśnie poznałem wyjątkowe dzieje rodzin Troplowitzów, Lubowskich oraz wielu innych i chciałem odwiedzić miejsce spoczynku tych osób. Widząc stan cmentarza i mając z tyłu głowy zasługi tych osób dla miasta, poczułem pewnego rodzaju misję. Zawsze byłem wychowywany w poczuciu szacunku do drugiego człowieka, niezależnie od jego pochodzenia czy przekonań.
Jakie emocje towarzyszyły Panu, gdy po raz pierwszy natrafił pan na zapomniany nagrobek?
To było niezwykłe uczucie, ogromne podekscytowanie – takie odkrywanie zupełnie nowego świata! Ze skupieniem odczytywałem kolejne litery i czułem wielki respekt, widząc datę – ten kamień przeżył kilka pokoleń mojej rodziny i najpewniej przetrwa kilka kolejnych. Jednym z pierwszych nagrobków, jakie odkryłem, był pomnik Hedwig Stein – siostry katolickiej świętej Edyty Stein, patronki poszukujących prawdy. Wtedy zacząłem dostrzegać, jak bardzo złożone jest nasze gliwickie dziedzictwo.
Od czego zaczyna Pan poszukiwania osób pochowanych na starym cmentarzu żydowskim?
Zazwyczaj historycy jako punkt wyjścia przyjmują nazwisko, następnie szukają informacji o tej osobie i jej grobie. „Cmentarnicy” mają odwrotnie – najpierw jest nagrobek z nazwiskiem i to on jest punktem wyjścia, a potem następują długie godziny spędzone w archiwum i próba odtworzenia czyjegoś życiorysu. Czasami jest to przykre, że o czyimś całym, 80- czy 90-letnim życiu można napisać tylko akapit.
Gdyby mógł Pan cofnąć się w czasie i spędzić jeden dzień w Gliwicach z dowolnej epoki, który byłby to rok i co zrobiłby pan jako pierwsze?
Trudne pytanie – Gliwice miały wiele ciekawych miejsc i momentów. Nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że chciałbym zobaczyć ten cmentarz w II połowie XIX wieku, ale równie mocno chciałbym zobaczyć nasze miasto na początku XVI wieku, a szczególnie miejskie mury – musiały robić ogromne wrażenie!
Jaki najbardziej niezwykły lub zagadkowy przedmiot wpadł Panu w ręce podczas prac porządkowych na starym żydowskim cmentarzu?
Najbardziej niezwykłym przedmiotem zdecydowanie była połówka pięknej, szkliwionej cegły z około XIV–XVI wieku. Przypuszczam, że trafiła tutaj już po zakończeniu wojny, gdy pozbywano się z miasta gruzu. Cegły przez stulecia były cenionym materiałem budowlanym, toteż nierzadko jedną cegłę wykorzystywano kilkukrotnie. Bardzo podobne cegły można znaleźć na przykład na elewacji kościoła pw. Wszystkich Świętych. Cegłę tę wystawiamy co roku w gablocie w ruinach domu przedpogrzebowego przy okazji nocy muzeów.
Daty czy anegdoty? Na co stawia Pan bardziej w opowiadaniu o przeszłości?
Zdecydowanie anegdoty! Datę zawsze można sprawdzić, wyszukać. Ale najważniejsze w opowiadaniu o przeszłości są aspekty życia codziennego – czyjaś praca, rodzinne perypetie, skandale obyczajowe oraz to, jakie ślady danej osoby mijamy codziennie na ulicy.
Największy historyczny twardziel z Gliwic?
Lata 30. i 40. XX wieku dostarczają nam sporo takich postaci. W ostatnim czasie zgłębiam historię Glogauerów z ul. Dworcowej – jedną z bardziej dojmujących historii. Jeszcze przed wybuchem wojny rozpoczął się proces aryzacji rodzinnej karczmy. Hitlerowskie władze wytaczały im fikcyjne procesy, a gdy to nie złamało ich oporu – pojawiły się obozy. Syn właściciela, Josef, już w 1938 roku został zesłany do KL Buchenwald, skąd wrócił z mocno nadwątlonym zdrowiem. W 1940 roku ponownie go zabrano, tym razem do obozu pracy w Paderborn, skąd wrócił w kolejnym roku. Historia rodziny i ich oporu kończy się tragicznie – w maju i czerwcu 1942 roku cała rodzina – matka, ojciec, córka i syn – została wywieziona do KL Auschwitz-Birkenau. Wkrótce wszyscy zostali zgładzeni. Z całej rodziny przeżył tylko jeden, najmłodszy syn, którego jeszcze przed wojną rodzice wysłali za granicę…
Dzięki Pana aktywności stary cmentarz żydowski wrócił do miasta. To żywa lekcja historii o dawnych mieszkańcach Gliwic. Czy współcześni mieszkańcy są nią zainteresowani?
Zdecydowanie jest zainteresowanie. Średnio rocznie przyjmujemy około 1,5 tys. gości, co jest znaczącą liczbą, biorąc pod uwagę fakt, że działamy pro publico bono, bez twardego zaplecza technicznego oraz z promocją na niewielką skalę – strona na Facebooku i kilkanaście plakatów w mieście.
Najważniejsza cecha dobrego historyka to...?
To raczej wzajemnie uzupełniające się trio: cierpliwość, krytycyzm (każdą informację trzeba zweryfikować) i otwartość. Jeśli, badając przeszłość, z góry przyjmujemy jakieś stanowisko, możemy pominąć pewne szczegóły, a w rezultacie otrzymać nieprawdziwy wynik.
Przepytywała Małgorzata Lichecka
Nauczyciel, historyk i społecznik zaangażowany w ochronę i popularyzację dziedzictwa Gliwic i Górnego Śląska. Inicjator prac renowacyjnych na starym cmentarzu żydowskim, współzałożyciel Stowarzyszenia Gliwicka Przystań Sztuki i Kultury. Od lat organizuje spacery historyczne, wystawy, koncerty i warsztaty dla mieszkańców poświęcone lokalnej historii. Laureat tytułu Człowiek Ziemi Gliwickiej 2023 w kategorii Młody Kreator.


Komentarze (0) Skomentuj