Kiedy w latach 70. wybierał Gliwice jako miejsce do życia, kierował się intuicją. Chciał mieszkać na Śląsku, ale nie w samym jego centrum. Nasze miasto, znane głównie z artykułów w gazetach, urzekło go swoją historią. Dziś Tadeusz Patykowski jest tu postacią dobrze znaną w środowisku artystycznym, choć z wykształcenia wcale nie jest plastykiem – z zawodu to spawacz elektryczny i gazowy. W jego życiu praca w ciężkim przemyśle zawsze jednak przeplatała się z wrażliwością na sztukę. Niedawno jego nazwisko trafiło do Księgi Rekordów Polski za sprawą największej w kraju kolekcji papierowych wycinanek.

Od spawacza do operetki

Droga do sztuki nie była dla niego prosta. Wychowany bez ojca w podłódzkich Pabianicach, w realiach powojennej biedy, musiał szybko znaleźć praktyczny fach. Choć w podstawówce wygrywał konkursy plastyczne, a nauczycielka widziała w nim materiał na ucznia liceum plastycznego, codzienne dojazdy do Łodzi okazały się barierą nie do pokonania. Trafił więc do warsztatu ślusarskiego, gdzie uczył się kowalstwa artystycznego i ciężkiej pracy przy gilotynie czy spawaniu.
Sztuki nie porzucił jednak nigdy – wiedzę czerpał z kupowanych na własną rękę książek o historii malarstwa. Gdy osiedlił się w Gliwicach, los przyniósł niespodziewany zwrot. Patykowski przeczytał w Nowinach Gliwickich ogłoszenie o wakacie w pracowni Operetki Śląskiej. Wziął swoje prace pod pachę, pokazał je scenografowi i niemal natychmiast dostał angaż. Trzy miesiące później był już kierownikiem pracowni realizującej dekoracje sceniczne.
- Moim pierwszym wyzwaniem była „Hrabina Marica”. Trzeba było wyrzeźbić ze styropianu 40 sztuk kolb kukurydzy jako dekorację. Rzeźba to co innego niż malarstwo, ale podszedłem do tego zadania geometrycznie i technicznie. Poszło świetnie – wspomina.
W operetce (a później Teatrze Muzycznym) spędził ponad dekadę, kierując także pracownią reklamy, gdzie odpowiadał m.in. za ręczne tworzenie wielkoformatowych plansz reklamowych na gliwicki ratusz w czasach, gdy nikt jeszcze nie słyszał o ploterach.

Ponad trzy tysiące cięć

Przez lata Patykowski eksperymentował z różnymi formami – przez 7 lat działał w gliwickiej grupie plastycznej „Faun” i tworzył monotypie, czyli unikatowe, niepowtarzalne odbitki malarskie. Następnie tworzył w „Zarysie” u płk. Jana Dudzińskiego. Prawdziwą pasją, która zdominowała jego obecną twórczość, stała się jednak wycinanka artystyczna.
Wszystko zaczęło się od prośby kolegi z teatru, który przed Bożym Narodzeniem potrzebował szablonu gwiazdki do odrysowania na oknie. Zamiast ślęczeć nad cyrklem i linijką, Patykowski postanowił złożyć kartkę i ją wyciąć. Szybkość, symetria i nieskończone możliwości tej techniki całkowicie go pochłonęły.
Odszedł od tradycyjnego, kolorowego folkloru łowickiego. Swoje prace prezentuje najczęściej jako czarne wycinanki na białym tle. Wzory czerpie z estetyki gotyku, motywów celtyckich, nordyckich i greckich.
W swoich zbiorach ma obecnie ponad 3,5 tysiąca prac, a każda z nich jest całkowicie unikatowa.

Sztuka z szuflady i nowe technologie

Przez długi czas tworzył głównie do szuflady, ale kilka lat temu postanowił wyjść z pracami do ludzi. Swoje wycinanki pokazywał już m.in. w gliwickiej Cechowni, Szybie Maciej, w Pyskowicach czy na Politechnice Śląskiej.
Co ciekawe, artysta nie zamyka się na nowoczesność. Ostatnio, przyjmując artystyczne wyzwanie od przewodniczącego Rady Miejskiej Marka Pszonka, połączył tradycyjną wycinankę z architekturą gliwickiego ratusza oraz możliwościami, jakie daje cyfrowy kolaż i technologia AI.
Tadeusz Patykowski spotyka się z arkuszem papieru i nożyczkami niemal codziennie, najchętniej rano przy kawie. Jak sam przyznaje, to dla niego najlepszy czas na czystą kompozycję i ucieczkę od codzienności. Efekty tej porannej rutyny gliwiczanie mogą regularnie podziwiać na wystawach w całym regionie.

Adriana Urgacz-Kuźniak

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj