„Horst Bienek po 42 latach staje przed swoim rodzinnym domem, otwiera drzwi, dotyka klamki, czuje jej chłód i nagle uderza w niego strumień tych wszystkich wspomnień."
Z Małgorzatą Haładus-Makowską, autorką „Literackich Gliwic. Subiektywnego przewodnika po krainach dzieciństwa”, rozmawia Małgorzata Lichecka. 

Zaczęło się od biblioteki, a właściwie w bibliotece. 
Czyli wracam do dzieciństwa, dobrze, bo to akurat miłe wspomnie. Moja mama jest bibliotekarką, w domu jest ogromny księgozbiór, skończyłam filologię polską, więc książki zawsze były blisko, w kręgu moich zainteresowań. Natomiast literackie Gliwice, czy może raczej autorzy związani z Gliwicami, pojawili się na maturze z polskiego. Mój rocznik zdawał ją w formie prezentacji, a ja wybrałam temat Gliwic literackich. W sumie nie wiem dlaczego, bo było wiele łatwiejszych, może chciałam, jakoś podświadomie, odejść od schematów. I nagle okazało się, że wśród ogromnych domowych zbiorów znalazłam bez trudu opowieść sentymentalną „Dom, sen i gry dziecięce” Juliana Kornhausera. A potem na półkach odkryłam i Horsta Bienka i Adama Zagajewskiego. No i przepadłam, bo książki pozwoliły mi na nowo odkryć miasto urodzenia, a o miejscach, które codziennie mijam można przeczytać w poetyckich tomach, esejach, powieściach. Po maturze wcale mi nie przeszło, przeciwnie, literatura stała się pasją, dzięki niej mogę też dzielić się nią z innymi ucząc czy prowadząc spacery. 

Lista nazwisk z przeszłości i współczesności jest długa. Myślę o Gliwicach. Kiedyś Horst Bienek, Julian Kornhauser, Adam Zagajewski, dziś Szczepan Twardoch, Zbyszek Rokita, Wojciech Chmielarz. Brakuje kobiet... 
Tak, i nie wiem z czego to wynika. A ze Zbyszkiem Rokitą mam problem. 

Dlaczego?
Chodziliśmy do tej samej klasy, więc trudno mi oddzielić Zbyszka kolegę od Zbigniewa pisarza, bo dla mnie to nasz Zbyszek. „Kajś” czytało mi się świetnie, bo jest o mnie, o nas wszystkich stąd. To taka książka o pokoleniu, które musi sobie wiele uporządkować rodzinnie, historycznie i tożsamościowo.

Dla mnie istotnym elementem określającym relację twórców ze światem zewnętrznym jest serdeczność. I tak Bienek wydaje się być serdeczny, a Zagajewski wręcz przeciwnie. Ma to także przełożenie na pamięć z dzieciństwa, ich wspomnienia. 
Dystans do człowieka i miasta wynika z wychowania w określonym otoczeniu. Widać to czytając teksty Zagajewskiego czy Kornhausera. Mieli różne dzieciństwa.

W pani książce, w „Literackich Gliwicach”, to główny wątek. Kwadraty dzieciństwa, wcale nie symboliczne, a bardzo konkretne. Z przedmiotami, zapachami... 
Papieru na przykład, który zmienia się wraz z latami, wchłaniając kurz i zapach domu.

Przyszło do mnie pierwsze wydanie „Dwóch miast” Zagajewskiego, to z 1991 roku, właśnie z takim specyficznym zapachem, z podkreślonymi ołówkiem zdaniami, plamami chyba z herbaty. Zaczytane. Ale to dobrze, bo wtedy wejście w świat młodego Zagajewskiego było takie udomowione. 
Też lubię stare książki, mają swoją historię, już były w czyiś rękach. 

A pani kwadrat dzieciństwa? 
Sikornik. Choć moja babcia Halinka bardzo nie lubiła tej nazwy, wolała Ptasią dzielnicę, zostańmy więc przy niej. Wychowały mnie dwie babcie - Lwowiaczka, Halinka właśnie, i Niemka, takim jestem ciekawym połączeniem, ale wcale nie odosobnionym, bo na Śląsku, a już na pewno w Gliwicach, było ono częste. Nasze osiedle ma przedwojenną historię, jest w tej starszej części poniemieckie, a Jaskółcza z willami z lat 30. to miejsce mojego dzieciństwa. I choć od paru lat już tam nie mieszkam, Ptasia Dzielnica, Jaskółcza to wciąż moje miejsca. Ostatnio przerabialiśmy z uczniami na lekcji temat z tym związany, kiedy pytałam o miejsca dzieciństwa, odpowiadali „Gliwice”. No i wywiązała się dyskusja, takie naprowadzanie, żeby bliżej, rodzinnie, domowo, i potem już w tych naszych lekcyjnych rozważaniach pojawiały się bardzo konkretne podwórka, drzewa, ławki. Tak jak u mnie, a w literaturze u Horsta Bienka, dla którego Arkadią nie jest całe miasto, bo to zbyt ogólne, co więcej, myślę, że on w wielu miejscach w tych Gleiwitz nie był, liczył się tylko kwadrat dzieciństwa ograniczony do kilku ulic. Podobnie u Wolfganga Bittnera, którego bardzo lubię, a jest w Gliwicach niedoceniony. Jego wspomnienia przykrywa specyficzny filtr wspomnień rodziców, szczególnie matki. On cały czas krąży po i wokół Barbarastrasse, nie zachwyca się Starówką, nie spaceruje po dzielnicach, jest tylko w swoim kwadracie dzieciństwa. A u Zagajewskiego, pomimo postawy całej rodziny, która szczerze nie znosiła Gliwic, Arkońska jest ważna. 

Dla Zagajewskiego dzieciństwo było formacyjne także pod względem odrzucenia przez ojca, bo to nie była dobra relacja, choć pod koniec życia ojca syn opiekował się nim z pewnym rodzajem serdeczności, troski bardziej. Zresztą Tadeusz Zagajewski był raczej rozczarowany wyborem literackiej ścieżki przez syna. 
Dlatego Adam Zagajewski „uciekł” do Krakowa, do prawdziwego miasta.

Ale przecież Tadeusz Zagajewski też mógł uciec do Warszawy na przykład, skoro tak nie lubił Śląska i Gliwic, a jednak został tu do końca bardzo długiego życia.
U Kornhausera może to nie wybrzmiewa aż tak mocno, ale da się wyczytać w jego utworach, że on też jest rozdarty: ojciec pochodzenia żydowskiego, matka Ślązaczka z Chorzowa. Ojciec zabiera go na spotkania, jak on to mówi, dziwnej wspólnoty, Julian przystępuje do Bar Micwy, ale tak naprawdę nie potrafi określić swojej tożsamości, więc wyjeżdża do Krakowa. Zresztą ten wyjazd wisiał cały czas nad rodziną, bo jego ojciec marzył o Izraelu i jest w tych Gliwicach nieszczęśliwy. Są jeszcze powroty i konfrontacje. Horst Bienek wrócił do Gliwic po 42 latach i zrewidował dość radykalnie wizerunek swojej Arkadii. I ta konfrontacja nie wyszła dobrze.

Nie było już miasta, które znał. I choć architektura została, ulotnił się tamten duch.
Napisał, że dotarł do swojego dzieciństwa, ale go nie odnalazł, bo do dzieciństwa należą też ludzie. Którzy budowali jego heimat, a których już tu nie było. Rozpoznawał domy, drzewa, kamienie, ale nie ducha.

Z drugiej strony czego się spodziewał? To było już inne państwo, realia. 
Bienek sam tłumaczy, że dobrze, iż wybrał się w tę podróż, bo potrzebował jej emocjonalnie.

Chciał także domknąć swoje życie, bo podróż do Gliwic wydarzyła się w bardzo konkretnym czasie. 
Ciekawa sprawa, choć przez lata zapraszano go i na Śląsk i do Gliwic, cały czas się wzbraniał, konsekwentnie takie zaproszenia odrzucając, nawet te od Wilhelma Szewczyka, a była to persona. Bienek chyba znalazł wygodne wytłumaczenie: tetralogia. Dopóki ją pisze, mówił, nie chce przyjechać, bo boi się, że zburzy wizję powieści i będzie musiał zrewidować wspomnienia. Dlatego w tę podróż do krainy dzieciństwa wybrał się tak późno.
Był już chory, chciał zobaczyć swoje miasto. Było to pożegnanie. Ostateczne. Pewnie tak. Bienek zmarł bodajże trzy lata po tej gliwickiej podróży, w 1990 roku. Wolfgang Bittner również przyjeżdża do Gliwic i rozlicza się z mitem dzieciństwa. Mieszkał przy dzisiejszej Błogosławionego Czesława, więc w 1990 roku zobaczył brutalną zmianę. O tym także piszę w mojej książce. O pewnego rodzaju rozczarowaniach.

Rozmawiałyśmy już o zapachach i przedmiotach z dzieciństwa. Myślę, że dla każdego z twórców sportretowanych przez Panią w „Literackich Gliwicach” miasto pachnie inaczej.
Horst Bienek po 42 latach staje przed swoim rodzinnym domem, otwiera drzwi, dotyka klamki, czuje jej chłód i nagle uderza w niego strumień tych wszystkich wspomnień. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak to się w nim kotłuje, jak mówi „to jest ten zapach, to jest to światło, miejsce, w którym spędziłem dzieciństwo”. Mnóstwo zapachów i smaków jest u Kornhausera. Mieszkali przy Rybnickiej, dom pachniał obiadem, pieczonym ciastem, sklepy cukierkami, które podjadał. Mam dawała mu je, żeby go z tego sklepu przegonić, żeby nie przeszkadzał klientom. Czujemy te wszystkie aromaty i bardzo realnie widzimy przedmioty, przestrzenie i ludzi z tych pisarskich i poetyckich wspomnień dzieciństwa.

A co jest dla Pani taką literacką kotwicą? 
„Drach” Szczepana Twardocha. Kiedy pierwszy raz czytałam tę książkę targały mną silne emocje... Nawet dziś nie potrafię tego odczucia dobrze ubrać w słowa... Ona jest o mnie. Kiedy przygotowywałam się do jednego ze spacerów, szukając inspiracji, cytatów, ponownie sięgnęłam po „Dracha” i okazało się, co bardzo mnie uderzyło, że Caroline Ebersbach i Josef Magnor, bohaterka i bohater powieści, poznali się na odpuście w parafii kościoła pod wyzwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła 30 czerwca 1918 roku. I wtedy dotarło do mnie, że w tym samym kościele, też 30 czerwca tylko 2018 roku brałam ślub.100 lat po Josefie i Caroline... Przeszły mnie ciarki. Dla mnie był to dodatkowy sygnał, że to moja książka.

Jak wytropić coś oryginalnego w tych pisarskich życiorysach?
Zbierając materiały do „Literackich Gliwic” szukałam rdzenia, czegoś co łączy ich wszystkich. I były to właśnie dzieciństwa. Jednak przy każdym odczytaniu utworów można wpaść na nowy trop, wyłapać cytat, który zainspiruje na przykład do stworzenia nowych spacerowych tras. Widzę, że ludzie są nimi bardzo zainteresowani i cieszy mnie to. Pytają o tytuły, gdzie można je znaleźć, co polecam. Są też ludzie stąd, którzy wyjechali a teraz wrócili. Tak jak jedna z osób na spotkaniu w bibliotece. Ten pan podziękował za ponowne przetarcie szlaków literackich i powiedział, że teraz na nowo spojrzy na Gliwice.

Też chodziłam po Gliwicach z „Pierwszą polką”, byłam razem z Valeską i jej synem w dawnym Haus Oberschlesien na torcie Sachera. 
Z książkami Bienka można chodzić po mieście jak z mapą. On sam często o tym mówił w wywiadach. 

Choć dużo w tych książkach jego wyobrażeń, często nie pokrywających się z rzeczywistą miejską przestrzenią. 
Nie odbierajmy mu tej baśniowości, tych przeinaczeń, nie takich sklepów, nie takich ulic. Bienek miał ciężkie dzieciństwo, matka zmarła wcześnie, ojciec uciekł, zajmowały się nim siostry. Pozwólmy mu gloryfikować wspomnienia spacerów z matką do Zameczku Leśnego, chwile kiedy siadają przy stoliku w Haus Oberschlesien z jednym pucharkiem lodów i dzielą gałki na pół, bo deser jest drogi. 

Myślę, że dla pisarzy, o których rozmawiamy, czyli dla Bienka, Bittnera, Lachmanna, Kornhausera czy Zagajewskiego tym, co określiło, nie chcę powiedzieć naznaczyło, ich twórczość, była ucieczka. Dla jednych pod presją, przymusem, dla innych z wyboru, który tak naprawdę także okazywał się nie do końca wolny. 
W ich twórczości odbijają się dwa miasta: przedwojenne Gleiwitz i powojenne Gliwice, dwie zupełnie różne przestrzenie. I choć doświadczenia dzieciństwa mają podobne, bo przecież każdy z nich miał tę swoją Arkadię w różnej skali, to w pewnym momencie następuje zgrzyt, a potem ucieczka. Wymuszona poprzez przemiany polityczne albo taka, która prowadzi do innej, już bardziej własnej Arkadii. Wygnanie jest doświadczeniem granicznym dla Bienka i Bittnera, ucieczka dobrowolna natomiast udziałem Kornhausera iZagajewskiego, którzy nie za dobrze czuli się w Gliwicach.

Jest pani delikatna. Obydwaj mają do miasta stosunek ambiwalentny, ale z różnych powodów. I być może czuli, wybierając ucieczkę, że coś ich jeszcze czeka. A jak było z Bittnerem?
Napisał kilka tekstów związanych z Gliwicami. Rozliczeniowych. W tych esejach opowiada o pamięci, dzieciństwie, traumatycznym wyjeździe z matką, ucieczce przecież. Pisze też o tym jak starali się odnaleźć w nowej niemieckiej rzeczywistości i jak im się to nie udawało. I o wszechogarniającej tęsknocie za miastem dzieciństwa. Bittner wraca do Gliwic, ale ze wspomnieniami swojej matki. Kiedy wyjeżdżali miał cztery lata. Na pewno coś pamiętał, ale nie na tyle, by myśleć o Gliwicach jak o swoim mieście. Więc pisarsko oddaje emocje swoich rodziców. Tak jak Zagajewski. Urodzony we Lwowie, skazany na Gliwice, żył tym Lwowem pod dyktando rodziny. Dobrze znam z dzieciństwa tę lwowską tęsknotę. Moja ukochana, nieżyjąca już babcia, nigdy nie wróciła do Lwowa. Wyjechała stamtąd jako roczna dziewczynka i zawsze mówiła, że był najpiękniejszym miastem. Nie mogła tego jednak wiedzieć, prawda. A potem, już jako dorosła, chyba bała się tam pojechać, bo mogło się okazać, że rzeczywistość jest zupełnie inna niż to, co w sobie nosiła całe życie: że we Lwowie jest najpiękniej. Podobno u mnie w domu zawsze mówiono, że nie ma co tutaj się przyzwyczajać, bo jeszcze jedna konferencja i my wracamy. To znam z dzieciństwa. A moja babcia i Gliwice? Nigdy się nie zakorzeniła, choć mieszkała tu ponad 70 lat. Całe swoje życie. I przez ten czas to nigdy nie było jej miasto.
 

Małgorzata Haładus-Makowska. Kulturoznawczyni, nauczycielka, przewodniczka miejska. Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego. Promotorka dziedzictwa kulturowego. Szczególne miejsce w jej działalności zajmuje literatura gliwicka. 
wstecz

Komentarze (0) Skomentuj