Niewiele wiemy o radnym Juretzko, aktywnym działaczu Towarzystwa Upiększania Miasta Gleiwitz, wiemy natomiast, że jego upór się opłacił, bo powstało miejsce z renomą..

Za cmentarnym płotem chaszcze

Jest rok 1920. Nadburmistrz Georg Geisler, radca budowlany Karl Schabik i miejski ogrodnik Richard Riedel pochylają się nad planami ważnej dla miasta inwestycji. Zlokalizowanej w szczerym polu, przy głównym trakcie – czyli Kozielskiej, za to o imponującym rozmachu. Cała trójka ma powody do satysfakcji: Geislerowi udało się konsekwentnie zrealizować kolejny punkt planu rozwoju miasta, Schabikowi po raz udało się w praktyce miasto – ogród, dla Riedla ta realizacja była spełnieniem marzenia. Prawie tego samego, które w 1913 roku pokazał na makietach we wrocławskiej Hali Stulecia jako aranżację cmentarza w formie „ogrodu żywych i umarłych”. Ekspozycja była jednym z elementów wielkiej Wystawy Stulecia, a koncepcja Riedla spotkała się z uznaniem krytyków i zwiedzających. Otworzyła mu też drogę do stanowiska ogrodnika miejskiego w Gleiwitz. Nie dziwi więc, że takiego człowieka chciał mieć przy sobie zarówno Geisler jak i Schabik. W 1920 roku ogród żywych i umarłych buduje się na rozległym terenie, będzie nowym cmentarzem komunalnym pomyślanym jako perfekcyjne połączenie miasta z naturą, obiektem wyróżniającym się w europejskiej skali. 


Prace trwały z przerwami siedem lat. Pierwsze pochówki miały miejsce w 1924 roku. Kolejne trzy zajęło obsadzanie trenu drzewami i krzewami, tak by tworzyły spójną kompozycję, co widać dziś na zdjęciach lotniczych. Inspektorem cmentarza został fachowiec i miłośnik zieleni Kurt Borowka, który zamieszkał w budynku tuż przy nekropolii (budynek zachował się do dziś, mieści się tam zarząd cmentarza). 
Gliwice zyskały nie tylko nowy cmentarz, ale także park: całość obsadzono bowiem świerkami, sosnami wejmutkami, brzozami brodawkowatymi, lipą drobnolistną, krzewami żywotnika i różanecznika. 

Tak być nie może. Radny się oburza

Radny Juretzko na pewno często bywał na budowie cmentarza oraz po jego otwarciu, przyglądając się rozplanowaniu zieleni. Dlatego, kiedy podczas jednej z wypraw zapuścił się trochę dalej, idąc wzdłuż Łabędzkiej, zasmucił go widok chaszczy, krzaków, zarośniętych alejek. Przeglądnął miejskie księgi i odkrył, że to dawny park, własność miasta. Juretzko zabrał się więc do pracy szkicując projekt przyszłego terenu wypoczynkowego. Wierzył, że uda mu się doprowadzić do jego budowy, ale wiedział też, że musi przekonać mieszkańców. Dlatego przygotował i wygłosił kilka odczytów uzasadniających tę inwestycję. Objeździł z nim Gliwice i okolice. 

Folwark Gardel. I nie wszystko jasne 

Radny miał rację. Te chaszcze faktycznie znajdowały się w granicach miasta. Były częścią dawnego, dość rozległego, folwarku Gardel. Ujętego na XVII- wiecznych mapach Friedricha Bernharda Wernera, ale zapewne znacznie starszego. Niewiele o nim wiadomo, tyle, że należał do rodziny Gardyla, zmienionego potem na Gardela, i to, że był dość rozległy. W części, którą podczas przechadzki wizytował radny, znajdował się dworek. Też go zachwycił.

Akceptuję. Można zaczynać

Być może takie właśnie zdanie wypowiedział nadburmistrz Geisler do radnego i miejskich urzędników. Zaczęto więc prace przy chaszczach, będących kiedyś ogrodem urządzonym na wzór klasyczny - ze stawami, starymi drzewami i alejkami. Lista robót była długa: oczyszczono i powiększono zabagnione stawy, przystosowując je do kajakowych przejażdżek, połączono je też budując specjalny kanał, nad którym przerzucono drewniany mostek. W części rekreacyjnej wybudowano dwa tory saneczkowe – jeden dla dorosłych, drugi dla dzieci ( dziś to tory dla rowerzystów). Były także, tuż za stawami, dwie łąki, oblegane przez rodziców z dziećmi. Zimą na płytkich zamarzniętych stawach organizowano ślizgawki, zaś na pagórkowatych łąkach królowali narciarze. 


Do pracy przy tworzeniu ośrodka zaangażowano kilkuset bezrobotnych, koszty pochłonęły niebagatelną kwotę 70 tys. marek. Nad całością robót czuwał miejski radca budowlany Karl Schabik oraz dyrektor ogrodów Riedel.  

12 maja 1926 roku. Wielkie otwarcie Szwajcarii 

Byli wszyscy. Od właściciela restauracji – browarnika Guradze z Toszka, który dostarczył wyborne piwo, po oficjeli, pojawiły się kajaki, dzieci grały w piłkę na łąkach, dorośli w palanta. Erholungsstätte „Schweizerei” -Ludowy Ośrodek Wypoczynkowy Szwajcaria otwarto przy dobrej pogodzie. W starannie zaprojektowanym parku mieszkańcy mogli wypoczywać przez cały rok.  
Parterowy budynek restauracji to oprócz dużej sali również mniejsza, taneczna, pokoje gościnne, kręgielnia, był ogródek piwny i taras dla ponad pół tysiąca osób. Ozdobą sal były sufity kasetonowe oraz obrazy Ericha Johannesa Gottschlicha, którego prace można było podziwiać między innymi w kaplicy na cmentarzu komunalnym.  


A skąd Szwajcaria? Podobno nazwę wymyślił … nadburmistrz Geisler. 

O park trzeba dbać

Tak mogło brzmieć ostatnie życzenie Richarda Riedla przed wysiedleniem w 1946 roku z Gliwic. Czy je spełniono? Nie. W dawnej restauracji Szwajcaria urządził się na wiele lat ośrodek szkolenia kierowców, park zarastał, dzika przyroda wygrywała. 

Szwajcaria się odmienia

Ośrodek szkolenia kierowców (LOK) oraz terenowy oddział Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego (WORD) kończy działalność w 2009 roku. Budynek pustoszeje, placyk manewrowy zarasta trawą, park ma więcej szczęścia. Pojawia się bowiem koncepcja rewitalizacji, a pierwsze prace przygotowawcze prowadził w 2011 roku gliwicki MZUK. Oczyszczono stawy, udrożniono rowy, przycięto drzewa. W 2012 roku przy nowych alejkach stanęły latarnie, ławki i kosze na śmieci. Istniejące stawy obsadzono roślinnością wodną i nadbrzeżną, a w miejscu starego mostka pojawił się nowy. Wybudowano też plac zabaw dla dzieci oraz małą siłownia.

Szwajcarię udostępniono mieszkańcom jesienią 2013 roku. Modernizacja parku kosztowała ponad półtora miliona złotych. 
Pięć lat później, pod koniec 2018 roku, restaurację kupił prywatny inwestor i rozpoczął gruntowny remont niszczejącego obiektu. Budynek całkowicie odrestaurowano z zachowaniem historycznych elementów (takich jak zabytkowe sufity z 1926 roku) i ponownie otwarty w 2019 roku jako nowoczesny dom bankietowy Stara Szwajcaria.
Nie ma już kajaków, ale wróciły ptaki. W tym barwny zimorodek. 

Małgorzata Lichecka
 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj