Archiwa pokazują suchy proces: plany, wysiedlenia, metry sześcienne betonu. Dopiero gdy pojedzie się na krawędź odkrywki, stanie tam, gdzie kiedyś tętniło życie, i zacznie rozmawiać z ludźmi, zaczyna się rozumieć skalę.
Kiedy patrzymy na mapy polskiego przemysłu, widzimy liczby: tony wydobytego węgla, megawaty energii, hektary przekształconych gruntów, tysiące domów, które zniknęły w imię „wyższego dobra”, ogrody zasypane przez hałdy. Wydaje się, że motywem przewodnim „Blizn. Krajobrazie po przemyśle” jest Zmiana. Opowiedziała ją pani poprzez losy ludzi.
Uprzemysławianie i jego konsekwencje miało swój początek w latach pięćdziesiątych w Nowej Hucie. Nie opowiedziałam tej historii w „Bliznach” z różnych powodów, jest jednak obecna na przykład w rozdziale poświęconym Koninowi, pokazującym zapisywane przez dziennikarzy i reporterów losy mieszkańców m.in. okolic Kleczewa. Ci mieszkańcy reagują w bardzo gwałtowny, dramatyczny sposób na wieść o wysiedleniach, koniecznych z powodu rozbudowy odkrywek, wcześniej prowadzonych wokół Konina przez Niemców. W Tarnobrzegu, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, rozbudowywał się tamtejszy okręg przemysłowy. Ludzie musieli się przenieść, a władza wskazywała im jakieś lokalizacje, na przykład w Bieszczadach. I znowu widzimy przerażenie, niezgodę, bardzo zbliżone do tego co działo się w Nowej Hucie czy Koninie, bo ci ludzie byli przekonani o tym, że mieli bardzo dobre ziemie, więc trudno im się pogodzić z tak drastyczną Zmianą jaką zafundował im PRL. W końcu Bełchatów - najdłuższa historia z największą liczbą rozdziałów. Czy te losy są różne czy podobne? Moim zdaniem bardzo zróżnicowane. Patrząc dziś na wiele miejsc, w których zbudowano kombinaty, fabryki, elektrownie, gdzie zieją wykopane doły, częściowo już zalane, często nie myślimy o tym, że w tych przestrzeniach mogły się rozgrywać ludzkie historie. Dlatego ich odkrywanie wydawało się tak interesujące. Słyszę od czytelników, że opowieści, biografie, się powtarzają, a nawet trochę zlewają, owszem mają podobne scenariusze, ale każdy ma innych bohaterów z innym bagażem. Jedną z istotniejszych kwestii wybrzmiewających w książce, widocznych w cytatach, jest brak wsparcia dla wysiedlanych i ich ogromna samotność. Oni czuli, że coś może się wydarzyć i w tym stanie, bardzo wyczerpującym, stresującym, mijały im kolejne lata.
Czy w latach, 50., 60., kiedy zaczęły się procesy uprzemysławiania, szalonego, bez względu na koszty w krajobrazie czy ludzkie, ktokolwiek myślał wówczas o konsekwencjach za, powiedzmy, 20, 30 lat?
Polska nie była jedynym krajem wydobywającym węgiel brunatny, czyli surowiec powodujący największe zniszczenia. Sąsiedzi robili podobnie i na znacznie większą skalę. Zresztą robią to do dzisiaj. Inżynierowie górnictwa węgla kamiennego pokazują, że są w stanie krytycznie myśleć o niektórych wyborach, ale przy węglu brunatnym tak nie było. Okazał się ważnym paliwem przyszłości i nie można go wydobywać nie wysiedlając ludzi całymi wsiami, miasteczkami. Wielka dziura w ziemi jest obowiązkowa. Ułatwiała ten proces, szczególnie w niektórych postzależnościowych krajach bloku wschodniego, takich Czechy czy Polska, nieswoja kultura, na przykład poniemiecka. Dzisiaj na pewno ciekawszym problemem jest to, co będzie się działo z tymi terenami, jak i czy w ogóle zostaną rekultywowane.
Opisuje pani nasadzenia 25 milionów drzew. Czy ta rekultywacja rzeczywiście jest dobra i co na to ci, którzy już nie mieszkają na tych terenach i widzą nową naturę w zupełnie innej skali?
Rekultywacja w przypadku krajobrazów poodkrywkowych jest absolutną koniecznością ze względu na ich dynamikę, monstrualność i nietrwałość. Zupełnie inaczej obchodzono się z hałdami w Szczygłowicach niż w Bełchatowie. Tam trzeba było poczekać aż przyroda sama zagospodaruje hałdy.
Jak bohaterowie książki na to patrzą?
Wielu z nich to górnicy, rekultywacja była częścią ich pracy.
Na hałdach jest już inna roślinność..
Na zwałowiskach poodkrywkowych pojawiają się rośliny z innych obszarów Europy, uznawane za zbyt ekspansywne, albo szkodliwe, albo, tak jak rokietnik, szybko się rozrastające, jest także bardzo dużo zwierzyny, więc przyroda wraca. Natomiast są to już zupełnie inne przestrzenie niż te, które ci ludzie opuszczali. Co więcej, z wyjątkiem Góry Kamieńsk, dziś są one zamknięte, nie można tam ot tak sobie swobodnie wchodzić, a Góra dla mnie była dosyć opuszczonym miejscem, choć to teren „turystyczny”, zagarnięty przez biegaczy czy biegaczki.
Książka skonstruowana jest jak film dokumentalny z sugestywnymi, plastycznymi, obrazami. Wykorzystała pani bardzo zróżnicowane materiały: filmowe, prasowe, dzienniki, teksty publikowane i niepublikowane, rozmowy, dokumenty z archiwów rodzinnych, artefakty, które robią emocjonalną aurę „Blizn”. Czy istniała konkretna mapa, według której się pani poruszała?
Unosi się nad tym wszystkim przekleństwo mojej dociekliwości. To taka moja mała przywara i być może gdyby nie ona, gdybym nie była aż tak obsesyjnie ciekawa wszystkiego i wszystkich, pewnie poszłoby przy „Bliznach” łatwiej. Jednak uznałam za ciekawe to, że tyle języków i narracji jest w stanie opowiedzieć, na wiele sposobów, te historie, często pokazując ich wewnętrzną sprzeczność. Jak chociażby kontekst reportersko-dziennikarski ujmująco dobry literacko, wręcz fascynujący. Który kompletnie nie zgadzał się ze wspomnieniami wysiedlanych ludzi. W pewnym momencie pomyślałam: skonfrontuje te dwie wizje. Zdjęcia z kolei wydawały się arcyciekawe w dopowiadaniu, czułam z nimi szczególną bliskość. Istotne okazały się materiały filmowe: reportaże, kroniki, filmy środowiskowe powstające w latach 70-tych i 80-tych. Udało mi się je odnaleźć między innymi w archiwum cyfrowym telewizji. Jestem empiryczna, muszę bardzo dobrze widzieć przestrzeń, najlepiej na żywo, dlatego tak ważne były podróże i swobodne poruszenie się w krajobrazie. Bardzo chciałam tam być i sama przejeść się po miejscach, o których miałam napisać. Archiwa pokazują suchy proces: plany, wysiedlenia, metry sześcienne betonu. Dopiero gdy pojedzie się na krawędź odkrywki, stanie tam, gdzie kiedyś tętniło życie, i zacznie rozmawiać z ludźmi, zaczyna się rozumieć skalę. Często szukałam śladów, których prawie nie ma – dzikiego bzu rosnącego tam, gdzie kiedyś był płot, albo zdziczałych jabłoni na skraju wielkiego wykopu. Na tej mojej mapie były czyjeś domy, mieszkania, jak to w którym przy stole usiadłyśmy do wspólnej rozmowy z malarką Dorotą Kozioł.
Jak przekonywała Pani tych ludzi do zwierzeń o rzeczach trudnych, wręcz traumatycznych. Żeby mówili otwarcie, prawdziwie, z emocją, nie frazesem?
Dużo nauczyłam się od osób związanych ze stowarzyszeniem z Woli Grzymaliny. Dla nich w opowiadaniu o przeszłości ważne są emocje. Tam nabrałam przekonania o swobodnym sposobie snucia opowieści. Owszem, można zadawać pytania, ale najlepiej dać się ludziom wygadać. Trzeba po prostu cierpliwie czekać, a potem cierpliwie słuchać. Opowieść była ich własnością. Spotkania, i kameralne, i grupowe, sprawiły, że miałam w sobie bezwzględną dyscyplinę dla cudzego słowa.
„Blizny” składają się z rozmów. Czy zdarzyło się, że chciała pani opowieści w książce, a bohater/bohaterka nie bardzo chcieli jej użyczyć.
Jakoś intuicyjnie szukałam ludzi, którzy, pod wieloma względami, mi się spodobają, ale bohater też musi chcieć być bohaterem. Paweł był taką osobą. Dzięki niemu dobrze mi się pracowało w Szczygłowicach.
No i chyba w Woli Grzymalinie.
Też, dzięki Jarosławowi Rogozińskiemu, który urodził się w Woli Grzymalinie w 1969 roku i mieszkał tam do piętnastego roku życia. Był też pracownikiem kopalni Bełchatów, teraz jest prezesem stowarzyszenia Ojcowizna Wola Grzymalina. Na oprowadzanie mnie po miejscach, gdzie znajdowały się wysiedlone wioski poświęcił sporo czasu. Najtrudniej było w Burowcu. Brakowało osób, które czułyby związek z tym miejscem, ale w końcu trafiłam na Michała Jędrykę. To on pierwszy w 2020 roku przerwał milczenie wokół miejsca na Burowcu skąd wysiedlono rodziny z dziećmi. Tym przerwaniem milczenia była opowieść reporterska „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia”.
Mnie się bardzo dobrze, metaforycznie, siadało do stołu z Marią Kozłową i Ludwikiem Holeszem. Fajterami na różnych poziomach, zajmujących się pamięcią o swoich miejscach. To są moi ulubieni bohaterowie „Blizn”.
O Machowie mającym ścisły związek z Marią Kozłową dowiedziałam się przypadkiem przeglądając archiwum Tarnobrzeskiej Biblioteki Cyfrowej. Tam znalazłam „Lamenty machowskie”, zbiór wierszy napisanych przez wysiedleńców Machowiaków. To ludzie ze wsi z prawej strony Wisły położonej pięć kilometrów od Tarnobrzega. Nic mi te wiersze nie mówiły, ale gdy je przeczytałam dotarło do mnie ich nieszczęście związane z wysiedleniem. Maria Kozłowa stworzyła w jednym z wierszy, tym z 1969 roku, listę strat. Tego co utraciła ona i mieszkańcy Machowa. Decyzja o wysiedleniu całej wsi pod budowę kombinatu siarkowego nie była dla Kozłowej jedynie zmianą miejsca zamieszkania czy zwykłą przeprowadzką. Dla niej i innych mieszkańców wysiedlenie oznaczało ostateczne zerwanie z terytorium osobistym, zniszczenie intymnej więzi z kawałkiem oswojonej ziemi.
W „Bliznach” napisała pani o tym tak: [...]To był koniec jej prawdziwego świata […], a Jerzy Bartyński, którego cytuje pani w rozdziale poświęconym Machowowi dodaje, że […] Maria Kozłowa od 1969 roku przebywała na duchowym wygnaniu[...].
Jej wiersze były protestem. Odpowiedziała przemysłowi literaturą. I robiła to nieustannie, pisząc. Ale nie o kopalni siarki. Kreśliła w swojej poezji pejzaże wysiedlanego krajobrazu, pisała o tym, co widziała, przemierzając tereny, przestrzenie, miejsca, które zmieniały się bezpowrotnie. I o tym rozmawiałyśmy przy stole w małym przytulnym mieszkanku Doroty Kozioł, córki Marii Kozłowej, kustoszki pamięci o matce i o Machowie.
Pawle, jak się poznaliście?
Paweł Gradek: Był luty 2025 roku, sobotnie popołudnie. Odebrałem wiadomość. Marta pisała w niej, że jest po lekturze mojego artykułu opisującego drugi akt zagłady starych Szczygłowic, czyli rok 1997 i powódź tysiąclecia. Wtedy dowiedziałem się o książce, że powstaje i szkoda by było żeby ten wątek się w niej nie pojawił. Ucieszyłem się, bo Czerwone Osiedle nie doczekało ani literackiego ani fachowego opracowania z wyjątkiem artykułu Małgorzaty Sarapkiewicz z 2002 roku. Dotarła do ludzi z osiedla i oni jako pierwsi opowiedzieli jej swoje historii, podzielili się też zdjęciami. Dzisiaj tych ludzi już nie ma, więc to był ważny trop, punkt wyjścia. Gdy likwidowano Czerwone Osiedle Marta miała 5 lat, ja dopiero się urodziłem, więc była to dla nas terra incognita
Co ty Pawle, jako dziecko, wiedziałeś o Czerwonym Osiedlu?
Paweł Gradek: Kiedy z rodzicami jeździliśmy do wujostwa, do Szczygłowic, za każdym razem słyszałem: tutaj stało Czerwone Osiedle. Tutaj, czyli na wysypisku śmieci, które później zalano wodą. Ulicę Korfantego zniszczyły szkody górnicze do tego stopnia, że zamiast biec prosto zjeżdżała. Zanim, w powrotnym kursie, autobusy pokonywały górkę, wypuszczały pasażerów pozbywając się balastu. Ludzie szli pieszo i wsiadali dopiero gdy autobus dotarł na szczyt.
Jak widziałeś swoją rolę podczas przygotowywania materiałów do „Blizn”?
Paweł Gradek: Poddaje tropy, podsuwam rozmówców. I tyle. A zostałem w to wplątany dość poważnie... Kiedy dowiedziałem się, że Marta pracuje nad tematem Czerwonego Osiedla poczułem ukłucie zazdrości, takiej pozytywnej, bo cieszyłem się, że Szczygłowice zostaną w tej książce ocalone.
Marta Tomczok: Dla mnie i mojej mamy, która czytała tekst, na który natknęłam się zabierając się do pracy nad Czerwonym Osiedlem, była to zgrabnie napisana miniatura. Pomyślałam sobie: skoro jest taki Paweł w Knurowie, z taką pasją i niezłym piórem, dlaczego nie stworzą tam archiwum społecznego? Potem poznaliśmy się i okazało się, że Paweł nie za bardzo ma czas na pracę przy takim archiwum, choć zbiera i opisuje historię Knurowa i Czerwonego Osiedla, więc już wspólnie uznaliśmy, że trzeba tę przestrzeń wytworzyć, spróbować zebrać jak najwięcej historii.
Czyli praca badawcza w Szczygłowicach , oddolna, na dużą skalę, rozpoczęła się kiedy zaczęliście gromadzić materiały i spotykać się z mieszkańcami i mieszkankami osiedla?
Paweł Gradek: Już wcześniej, w ramach mojej dziennikarskiej pracy, udawało mi się zbierać takie relacje i to dosłownie w ostatnim momencie, bo wielu mieszkańców jest wiekowych, pamięć zawodzi. Już pierwsze spotkanie uświadomiło nam, że w ludziach są naprawdę niesamowite pokłady życzliwości, otwartości i chęci snucia opowieści. O Józku Gumiennym, którego pewnie znasz, dowiedziałem się przez przypadek rozmawiając z jego żoną na zupełnie inny temat. Wiedząc, że zajmujemy się Czerwonym Osiedlem, powiedziała: „ mój Józek jest stamtąd”. Więc ja od razu do Marty i mówię, że mam już pierwszego rozmówcę. Który wniósł naprawdę wiele ciekawych tropów: opowiadał o przelatujących nad osiedlem eskadrach samolotów lecących do tłumienia protestów w Czechosłowacji w 1968 roku, o czołgach jadących na Czechosłowację, które widział na ulicy Świerczewskiego.
Marta Tomczok: To jest taka modelowa historia dla tej książki, dla przypadków wysiedleń, ludzkiej wspólnoty, której nie da się po 40 latach od jej reorganizacji odtworzyć inaczej niż poprzez rozmowy. Nie ma jej w archiwach, nie ma jej w literaturze, bo wiele z tych miejsc nie doczekało się żadnych literackich opowieści. Dlatego, że są absolutnie nieliterackie. Właśnie po tym przypadku widać, że nie da się historii osiedli, wsi, które zniknęły, opisać, inaczej niż wchodząc w kontakt z ludźmi i inicjując te opowieści. Robiła tak Monika Glosowitz, spisując historie kobiet z rodzin górniczych i dając swoim bohaterkom pole do snucia opowieści czy Karolina Jakoweńko w Będzinie.
Paweł Gradek: Bardzo często słyszeliśmy od naszych rozmówców i rozmówczyń, tu w Szczygłowicach, że spóźniliśmy się o 20, 30 lat.
Marta Tomczok: Z drugiej strony, w tamtym czasie nie mielibyśmy z kim rozmawiać. Słyszeliśmy jak bardzo byli straumatyzowani tym, że Czerwone Osiedle zniknęło i musieli się stamtąd wyprowadzić. To było pokolenie pamiętające II wojnę światową, a osiedle kolejnym etapem ich życia. Myśleli: już jest spokój, nic gorszego nas nie spotka. Ale spotkało. Natomiast ich dzieci miały inną perspektywę, bo w losie większości z nich i tak było zapisane odejście/wyjście/wyjazd z Czerwonego Osiedla. Dlatego są zdystansowani i potrafią o tym opowiadać, choć są w tych opowieściach informacje na temat tego, jak bardzo ich rodzice nie potrafili pogodzić się z taką stratą.
Przyszliście na pierwsze spotkanie z gotowym zestawem pytań. Ale ich nie zadaliście, bo role się odwróciły.
Paweł Gradek: Krzesła ustawiliśmy w kręgu. Ludzie siadali …
Marta Tomczok: Zepsuł się mikrofon...
Paweł Gradek: No i przyszło znacznie więcej osób niż myśleliśmy, a chyba mogliśmy się tego spodziewać, skoro nawet księża z ambon zapraszali na to spotkanie. Ci ludzie, po wielu, wielu latach mogli się zobaczyć po raz pierwszy. Prosili o podawanie panieńskich nazwisk, żeby zorientować się, kogo mają przed sobą. No i nie mogli się nagadać. Zrobił się taki szum, że nie byliśmy w stanie przebić się przez sfatygowany głośnik i zadać naszych pytań.
Ale przecież nie mieszkali od siebie daleko, więc dlaczego nie chcieli kontaktu?
Marta Tomczok: Paweł użył kiedyś bardzo trafnego sformułowania: świadomość historii lokalnej. Mieszkańcy Czerwonego Osiedla uznali, że ich losy się w nią nie wpisują. Po prostu nie ma o czym opowiadać.
Paweł Gradek: Jeżeli rozmawiamy o Szczygłowicach najczęściej pojawia się kopalnia. Niewielu interesuje co było przed nią, jak wyglądały zanim powstała. I oto na tym spotkaniu pojawiły się osoby, które przyniosły zdjęcia z przeszłości. Ściągnąłem z geoportalu fotografie lotnicze pokazujące zupełnie inne Szczygłowice. Widać na nich nadleśnictwo, stawy hodowlane zasypane później przez hałdy, osiedle z piętnastoma budynkami usytuowanymi wokół czterech placów, boiska, wydeptane ścieżki... coś niesamowitego.
W „Bliznach” dużo jest też sielskości. Dostrzega ją pani i nobilituje. Mówią o niej bohaterowi i bohaterki, dla których jest ona trochę jak ...
Marta Tomczok: U Mickiewicza. Trzeba stracić, żeby tę sielskość docenić. Zastanawiam się teraz czy nie za bardzo poszłam za idealizacją bohaterów, ale myślę, że nie, bo przecież nie odkryliśmy jeszcze wielu rajów. Dla mnie miejscem, trochę rajskim, było Dębieńsko Stare. Maleńka osada, w której przez jakiś czas mieszkaliśmy. Trzeba pamiętać, że do wielu miejsc na Górnym Śląsku przyjeżdżali wczasowicze. Do Szczygłowic też. Opowiadał mi o tym jeden z naszych bohaterów, który przeprowadził się tam z Makoszów. Podobnie do Piasków pod Bełchatowem, tam też plażowano i wypoczywano, bo nie wszyscy mieli pieniądze na Sopot, Kołobrzeg czy Rabkę.
Czy historia o Czerwonym Osiedlu będzie miała dalszy ciąg?
Paweł Gradek: Taki jest plan. Pracujemy nad czymś w rodzaju ballady podwórzowej, taki ukłon w stronę historii mówionej i wobec mieszkańców Czerwonego Osiedla, którzy są naprawdę fantastycznymi rozmówcami i mają historie zahaczające nawet o czasy II wojny światowej, tłumienie praskiej wiosny, stan wojenny. Druga książka będzie porównaniem Czerwonego Osiedla z Trzecią Kolonią w Knurowie. Czyli dwa osiedla, dwie wspólnoty, powstałe w zupełnie różnych latach.
[...]Taka jest natura wysiedlenia, że zostaje zawsze z człowiekiem. Nieistotne, czy potem narastają na nie niczym nowa skóra hałdy, lasy, pojezierza. Tylko to, co było przedtem, się liczy […]. Wysiedlenie to też pani osobiste doświadczenie.
Marta Tomczok: Wychowałam się wśród rybnickich pagórków ciągnących się od Wodzisławia i Jastrzębia aż do czeskiej granicy. Elementy takiego krajobrazu znajdowały się na obrazie wiszącym w domu mojej babci, ale to moje wysiedlenie nie było takie jak to, które przeżyli mieszkańcy wiosek, do których wkroczył przemysł. Nie tak traumatyczne i bezwzględne.


Komentarze (0) Skomentuj