Dziewiarstwo ręczne od zawsze było jej wielką pasją, a od kilkudziesięciu lat stało się sposobem na życie i zarabianie. Każdą wolną chwilę poświęca na wymyślanie, a następnie realizowanie coraz to nowych projektów, które trafiają w gusta zarówno Polek, jak i zagranicznych klientek. Wydziergane na drutach stroje plażowe, płaszcze, peleryny, stroje wizytowe oraz kolekcje ślubne czy dyskotekowe burzą mity na temat robótek ręcznych i dziewiarstwa w ogóle.

Urodziła się w Piekarach Śląskich i tam mieszkała w dzieciństwie. – Od zawsze zakochana byłam w sztuce – opowiada z uśmiechem. - Pamiętam, że grałam na pianinie przy otwartym oknie, a dzieciarnia siedziała pod nim i śpiewała. Najważniejsze wspomnienie to jednak harcerstwo. W ZHP znalazłam się za sprawą mamy, która była harcmistrzem i już jako kilkulatka jeździłam z nią na obozy. Harcerstwo nauczyło mnie wielu rzeczy, które przydały się w życiu: pracowitości, samoorganizacji i kreatywności.

Po szkole podstawowej wybrała technikum budowlane w Tychach. – Dlaczego akurat ta szkoła? Szczerze powiem, że nie wiem. Nie chciałam iść po prostu do ogólniaka – tłumaczy. - Tamten czas wspominam jednak z sympatią. Udzielałam się artystycznie w szkolnym kółku dramatycznym i tanecznym, założyłam też kabaret, do którego pisałam scenariusze.

Po maturze szybko się usamodzielniła, założyła rodzinę, urodziła córkę i poszła do pracy. W 1980 roku los rzucił ją do Gliwic i od tego czasu związana jest z naszym miastem. – Zawsze chciałam tu mieszkać, a związane to było z dzieciństwem i opowieściami pewnego rodzeństwa na temat Gliwic i wyjątkowej urody tego miasta. Po latach przekonałam się, że to była najprawdziwsze prawda - zachwala.

Mieszkając w Gliwicach była już po rozwodzie i jako samotna matka musiała dorabiać do skromnej pensji pracownicy biura projektowego. – Pamiętam, że z materiału dżinsopodobnego szyłam spodnie, które przypominały amerykańskie Wranglery – śmieje się. – Moje życie zmieniła jednak pewna sylwestrowa noc, podczas której koleżanka postanowiła nauczyć mnie robić na drutach. Choć początki nie były łatwe w końcu złapałam bakcyla. Zrobiłam pierwsze swetry. Spodobały się. Potem kolejne i kolejne. Zadziałała poczta pantoflowa i zaczęło mi przybywać klientów. Zleceń miałam tak dużo, że postanowiłam przejść na pół etatu w moim macierzystym przedsiębiorstwie.

Kolejny krok w jej życiu zawodowym związany był z Turcją. Zaczęła stamtąd sprowadzać i rozprowadzać po kraju włóczkę. Sama też nią handlowała, najpierw na stoisku w GCH, a od 1996 r. w sklepie przy ul. Dworcowej, który od niemal 30 lat jest jej pracownią i miejscem towarzyskich spotkań. To tutaj zaczęła tworzyć unikalne kolekcje. Pierwszą, ślubną pokazała na… Wyborach Miss Nowin Gliwickich. Potem były kolejne, kolejne. Przez 7 lat każdej jesieni zadziwiała swoją sztuką widownię naszego redakcyjnego konkursu organizowanego w Gliwickim Teatrze Muzycznym. Była czarna awangarda, kolekcja ślubna, stroje wieczorowe i kąpielowe. Potem ze swoimi pracami zaprezentowała się na wyborach Miss Polski Południowej, Miss Śląska i Zagłębia oraz na wyborach Miss Polonii Niemieckiej w Bielefeld. Organizowała też pokazy i konkursy w Gliwicach, udowadniając jak piękną sztuką jest dziewiarstwo. - Pamiętam happening na alei Przyjaźni. Aż 80 modelek, w wieku od lat 2 do 80 wystąpiło w moich ubraniach - wspomina. – Dzierganie jest dla mnie rodzajem kreacji, medytacji, rozwoju i ćwiczeń manualnych. Włóczka jest jak narkotyk. Jestem po prostu uzależniona! Ja tym żyję. Wciąż mnie to rajcuje i mam nowe pomysły.

Poznajcie ulubione miejsca Ilony Misiak – gliwickiej artystki, zakochanej w robótkach ręcznych.(s)

ILONA MISIAK
Z zawodu jest technikiem budownictwa, ale niemal całe swoje życie poświęciła włóczce i robieniu na drutach. Od kilkudziesięciu lat tworzy z niej przeróżne kreacje. Ma za sobą wystawy oraz pokazy w kraju i zagranicą. Jest inicjatorką gliwickich happeningów związanych ze Światowym Dniem Dziergania i Szydełkowania.

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj