Katarzyna Kucharska jestem copywriterem, mieszka w Gliwicach. Z wykształcenia psycholog, swoją karierę zawodową zaczynała jako specjalistka ds. rekrutacji. Na co dzień pisze artykuły blogowe, sponsorowane i specjalistyczne dla klientów z różnych branż. Chętnie podejmuje każdy temat, niezależnie od stopnia jego skomplikowania. W wolnych chwilach prowadzi bloga parentingowego. - Obecnie moim największym marzeniem jest wydanie własnej powieści. Poza pisaniem prozy interesuję się również muzyką (gram na gitarze), piłką nożną i uwielbiam czytać stare książki – mówi.

W ramach rubryki Debiuty przedstawiamy fragment opowiadania Znak Lwa - Przebudzenie

Moje życie składa się z dwóch faz, które nieustannie następują po sobie. Pierwszą z nich roboczo nazwałem działaniem. Gdy działam, nie rozmyślam wiele o celu swojej egzystencji i nie roztrząsam minionych dni. Faza działania może trwać u mnie latami i zwykle kończy się tak samo nagle, jak się zaczęła. Po niej następuje etap, który nazywam przebudzeniem. Jest to moment, w którym budzę się z zawieszenia, w jakim trwałem i odkrywam, że kolejne lata przepadły mi bezpowrotne. Ocknąwszy się z tego osobliwego letargu, zaczynam widzieć i czuć pewne rzeczy mocniej i wyraźniej. Można by rzec, że zaczynam żyć na nowo. Niestety faza przebudzenia nie trwa wiecznie i zwykle nim się spostrzegę, przechodzi płynnie w etap działania, po którym następuje kolejne przebudzenie, a to błędne koło zdaje się nie mieć końca.
Owe krótkie chwile przebudzenia są dla mnie na tyle znaczące, że postanowiłem Wam o nich opowiedzieć. Może się bowiem okazać, że też przeżywacie coś podobnego albo wiecie, jak przedłużyć ten przyjemny stan wzmożonej świadomości.
Pierwsze przebudzenie w moim życiu nastąpiło, gdy miałem 15 lat. To dość szalony wiek naznaczony burzą hormonów i konfliktami międzypokoleniowymi. Stało się to w pewne ciepłe, jesienne popołudnie. Po skończonych lekcjach wróciłem do domu, zjadłem obiad i poszedłem wyprowadzić na spacer psa. Na uszy założyłem słuchawki, ponieważ nie zwykłem przemieszczać się bez mojej ulubionej muzyki. Tego dnia mój walkman znowu się zaciął, choć całkiem niedawno wyczyściłem go przy użyciu patyczka do uszu i zmywacza do paznokci. Mimo wszystko odmówił współpracy i wciągnął brązową taśmę, nie bacząc na moje protesty.
Zrezygnowany usiadłem na ławce w parku i spuściłem psa ze smyczy. Patrzyłem, jak biega w kółko po placu zabaw, co rusz zaczepiając jakieś dziecko. I wtedy coś we mnie drgnęło. Poczułem falę gorąca, która przepłynęła przez moje ciało z szybkością oceanicznego tsunami. Co ja tu robię? – pomyślałem. Nagle ujrzałem swoje dotychczasowe życie w pigułce, jakby ktoś postanowił zrobić z niego streszczenie, a cała jego esencja została ujęta w dwóch scenach. Pierwsza scena dotyczyła relacji międzyludzkich i pięknie podsumowała moje dokonania w tym obszarze. Mały, zakompleksiony człowiek, który boi się sięgnąć po to, czego pragnie. Druga scena była gorsza, bo pokazała mi, ile czasu zmarnowałem, próbując zadowolić innych, zamiast realizować własne marzenia.
Racjonalna część mnie od razu przystąpiła do działania. Przecież to oczywiste, że najpierw powinienem skończyć szkołę, a dopiero potem mogę myśleć o jakimś prawdziwym życiu, które gdzieś tam ponoć na mnie czeka.
Jednak przebudzenie polega właśnie na tym, że przez tę jedną krótką chwilę człowiek zyskuje super moc, dzięki której może skutecznie zagłuszyć racjonalną część swojego ja. W efekcie serce dochodzi do głosu i zaczyna kreślić ambitne plany na najbliższą przyszłość. Postanowiłem, że od dziś moje życie zmieni się diametralnie i nieodwołalnie. Będę pisał piosenki.
Miałem gitarę i lubiłem na niej grać. Dotychczas tylko odtwarzałem znane mi utwory, uczyłem się akordów, gam i wykonywałem niezliczone ćwiczenia techniczne. Teraz uznałem, że nadszedł czas, aby stworzyć coś własnego i zobaczyć, co z tego wyjdzie.
Początek nie był trudny. Miałem mnóstwo pomysłów, które zwinnie przekuwałem w ckliwe melodie i smętne teksty. Byłem zachwycony i nieziemsko podekscytowany. Niestety mój entuzjazm nie udzielał się innym.
Rodzice co rusz mnie uciszali, a znajomi kiwali z politowaniem głowami. Jedynie czasem, gdy napisałem coś wyjątkowo wulgarnego, wydawali się kapinkę zainteresowani, ale nic poza tym.
Postanowiłem, że spróbuję swoich sił na scenie i zapisałem siebie oraz swój autorski utwór na lokalny konkurs muzyczny. Mój historyczny występ poprzedziło wiele godzin mozolnych ćwiczeń, które wprawiły w konsternację niejednego sąsiada.
W trakcie występu trzęsły mi się ręce i miałem problem, by trafić w struny. Po zejściu ze sceny nie byłem z siebie zadowolony, ale rodzice przekonywali mnie, że było ok. Mimo to jury było bezwzględne i przyznało mi żenująco niską liczbę punktów. Zawiedziony i zdołowany, z sercem roztrzaskanym w pył, wróciłem do domu.
W mojej głowie kłębiło się pełno złowrogich myśli. Było mi wstyd, gdyż sądziłem, że nie powinienem był nigdy występować, skoro nie potrafię poprawnie skomponować kilku prostych nut. Mój zapał zniknął tak szybko, jak się pojawił, a gitarę pozostawioną w kącie począł obrastać kurz.
Od tego momentu z każdym dniem coraz bardziej oddalałem się od muzyki i mojego wewnętrznego ja. Popadłem w fazę działania. Tylko że owo działanie niewiele miało wspólnego ze mną samym, ale za to było idealnym odzwierciedleniem oczekiwań społecznych w stosunku do mojej osoby.
Skończyłem szkołę, poszedłem na studia i uzyskałem niewiele mówiący tytuł magistra. Niedługo potem znalazłem pracę. Najpierw taką słabo płatną, za najniższą krajową, która wówczas wynosiła nieco ponad 1000 złotych na rękę.
Jako że byłem dość ambitny, to pracę zmieniałem często, wciąż szukając czegoś, co mogłoby zapewnić mi życiową stabilizację. Podczas tych żmudnych poszukiwań poznałem Baśkę, moją przyszłą żonę. Nasz ślub był bardzo pięknym i wzruszającym wydarzeniem, ale nie na tyle znaczącym, abym się przebudził. Przebudzenie nastąpiło dopiero dobrych kilka lat później, gdy na świecie pojawiła się dwójka naszych dzieci.
Zajmowanie się dziećmi pochłonęło nas doszczętnie, przez co nie mieliśmy zbyt wiele czasu dla siebie i z ulgą przyjmowaliśmy każdą propozycję pomocy. Pewnego wiosennego dnia w domu nagle zaległa obezwładniająca cisza. Staś i Hania pojechali do dziadków na cały weekend, a my po raz pierwszy od dawna nie mieliśmy żadnych ambitnych planów na zagospodarowanie nadchodzących dni.
Postanowiliśmy wykorzystać tę okazję i zorganizowaliśmy spotkanie towarzyskie w niewielkim gronie. Pierwotnie impreza miała się odbyć u nas, ale ostatecznie wybraliśmy się do znajomego, który mieszkał poza miastem i miał przestronny dom z ogrodem. Ów znajomy nie miał dzieci ani nawet żony, ale za to miał pokaźną kolekcję gitar liczącą 4 sztuki.
Nie widzieliśmy się dobrych parę lat i z początku trudno było nam znaleźć wspólne tematy do rozmów. Do czasu, gdy ów znajomy pochwalił się, że hobbystycznie grywa w pewnym lokalnym zespole rockowym. Nikogo ze zgromadzonych ta informacje specjalnie nie zainteresowała - poza mną. Być może wynikało to z faktu, że wspomniany zespół nie był znany i występował tylko na okolicznych festiwalach, gdzie wstęp był darmowy.
Podczas gdy Baśka próbowała na nowo zaprzyjaźnić się ze swoją dawną koleżanką i jej mężem, którzy również przybyli na nasze spotkanie, ja wraz ze znajomym poszedłem zobaczyć gitary. Były naprawdę piękne. Dwie wisiały na ścianie, a kolejne dwie uśmiechały się do mnie zalotnie z kruczoczarnych stojaków. Znajomy zapytał, którą gitarę chcę wypróbować, a ja oczywiście wskazałem na zielonego Gibsona, bo lubiłem kolor zielony i zawsze chciałem mieć Gibsona.
Gdy tylko gitara znalazła się w moich dłoniach, poczułem nagły przypływ gorąca, jakbym wypił morze alkoholu albo jakbym miał teraz wyrecytować miłosny wiersz przed całą klasą. Powoli ułożyłem palce lewej ręki na gryfie, próbując na szybko odtworzyć w głowie znane mi akordy. Zagrałem kilka nut i odleciałem. (...)

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj