To nie była zwykła szkolna wycieczka. Przed uczestnikami postawiono konkretne zadanie: odnaleźć „101 razy WOW”. Co kryło się pod tym hasłem?
Mieliśmy być nie tylko biernymi turystami. Zadaniem grupy było odnalezienie dokładnie stu jeden miejsc, ludzi, smaków i osobistych doświadczeń, które wspólnie złożą się na prawdziwe, nieprzefiltrowane przez przewodniki oblicze tej niezwykłej wyspy. Tajwan bardzo szybko udowodnił nam, że nie daje się zamknąć w prostych definicjach.
Jakie było pierwsze z tych wielkich odkryć?
Uderzający kontrast, który jednocześnie jest niesamowitą harmonią. To kraj, w którym nowoczesność nie wyparła tradycji, lecz nauczyła się z nią idealnie współistnieć. Wystarczy kilkanaście minut spaceru, aby spod Taipei 101, jednego z najbardziej rozpoznawalnych wieżowców świata, trafić do tradycyjnej świątyni wypełnionej zapachem kadzideł i cichą modlitwą mieszkańców. Wysokie biurowce sąsiadują tu z niewielkimi herbaciarniami, superszybkie pociągi z wielowiekowymi budowlami, a futurystyczne stacje metra prowadzą prosto na tradycyjne targowiska.
Pierwszym poważnym przystankiem na trasie było Taichung. Miejsce trudne, bo związane z katastrofą naturalną.
Tak, odwiedziliśmy tam Muzeum Trzęsienia Ziemi, które powstało na terenie szkoły zniszczonej podczas katastrofalnych wstrząsów w 1999 roku. Interaktywne ekspozycje i symulator pozwoliły uczniom nie tylko zrozumieć geologiczne procesy zachodzące pod ziemią. Przede wszystkim uświadomiły im, jak wielki szacunek mieszkańcy Tajwanu mają wobec sił natury. Na tej wyspie człowiek nie próbuje podporządkować sobie przyrody – on uczy się z nią żyć w symbiozie.
Ta przyroda potrafiła Was też mocno zachwycić, ale i zaskoczyć pogodowo.
Natura na Tajwanie rzeźbi niesamowite rzeczy. W Yehliu Geopark oglądaliśmy fantazyjne formacje skalne, które wiatr i fale tworzyły przez tysiące lat – wyglądały jak dzieła sztuki. Kawałek dalej podziwialiśmy Złoty Wodospad, zawdzięczający barwę minerałom w skałach. A co do pogody – przez część dnia towarzyszył nam ulewny, monsunowy deszcz. Ale zamiast zepsuć nam plany, stał się po prostu naturalną częścią krajobrazu. Szybko zrozumieliśmy, że deszcz, upał czy wilgoć nie są żadną przeszkodą w odkrywaniu świata.
Wspomniałeś o świątyniach. Jak młodzi ludzie z Europy odnaleźli się w azjatyckiej duchowości?
Z ogromnym szacunkiem i ciekawością. W buddyjskim kompleksie Fo Guang Shan, jednym z najważniejszych miejsc kultu na wyspie, ogromne wrażenie zrobił na nas monumentalny posąg Buddy. Jednak jeszcze mocniej poruszył nas spokój oraz życzliwość wolontariuszy, którzy z pasją odpowiadali na każde nasze pytanie o filozofię buddyzmu. Kilka dni później, w świątyni Lungshan w Tajpej, w powietrzu unosił się gęsty zapach kadzideł. Tam gołym okiem było widać, że dla Tajwańczyków duchowość to naturalny element codzienności.
A jak wyglądało to codzienne, przyziemne życie? Podobno najłatwiej poczuć je wieczorem.
Zdecydowanie! Wieczorem całe życie przenosi się na nocne targowiska. Dla nas, Europejczyków, to był prawdziwy festiwal zmysłów. Dumplings, grillowane owoce morza, chrupiący kurczak, świeże owoce, aromatyczne zupy i oczywiście kultowa bubble tea. Tego kulinarnego krajobrazu nie da się podrobić w żadnej restauracji poza Azją. Szybko zrozumieliśmy, że jedzenie to jeden z najważniejszych języków kultury. Każdy posiłek przełamywał nasze dotychczasowe przyzwyczajenia i stawał się pretekstem do rozmów z Tajwańczykami.
Czy bariera językowa nie była problemem przy takich spotkaniach?
W ogóle. W naszej pamięci na długo pozostanie chociażby spontaniczna integracja z młodzieżą z Wietnamu, która była tam na letnim obozie. Ale też codzienne sytuacje: uśmiechy mieszkańców, którzy mimo braku wspólnego języka robili wszystko, by pomóc nam odnaleźć drogę albo polecić lokalny specjał. Takie chwile uczą, że podróżowanie to nie tylko odhaczanie punktów w przewodniku, ale przede wszystkim otwartość na drugiego człowieka.
Gdybyś miał wskazać dwa miejsca, które były kompletnymi przeciwieństwami na Waszej trasie, co by to było?
Z jednej strony nowoczesna ikona, czyli wspomniany wieżowiec Taipei 101. Widok z jego tarasu obserwacyjnego pozwala objąć wzrokiem potężną metropolię, która płynnie przechodzi w zielone wzgórza. Z drugiej strony absolutnie magiczne Jiufen – miasteczko zawieszone na stromych zboczach gór, pełne wąskich uliczek, tradycyjnych herbaciarni i czerwonych lampionów. Spacer tam przypominał podróż do świata dawnych baśni. Pięknym, symbolicznym momentem było też Shifen, gdzie wypuściliśmy w niebo lampiony z zapisanymi marzeniami.
Przy tak intensywnym tempie starczyło czasu na oddech?
Musiał się znaleźć. Idealnym miejscem okazała się plaża Baishawan. Szum fal, złoty piasek – to było drugie, zaskakująco spokojne oblicze Tajwanu. Tam, siedząc na brzegu, mogliśmy na chwilę się zatrzymać i poukładać w głowach te wszystkie obrazy, zapachy i emocje. To wtedy dotarło do nas, że największą wartością tej wyprawy nie są kilometry, które zrobiliśmy, ale doświadczenia, jakich nie da się zdobyć na żadnej lekcji geografii czy historii.
Udało się ostatecznie skompletować pełną listę „101 razy WOW”?
W walizkach przywieźliśmy mnóstwo pamiątek, a w głowach setki zapisków, ale z perspektywy czasu widzę, że prawdziwy rezultat tej ekspedycji jest zupełnie inny. Uczestnicy wrócili do Polski z niesamowitą ciekawością świata i odwagą do przekraczania własnych granic. Przekonali się, że podróżowanie to najlepsza forma edukacji. Choć Tajwan zachwycił nas krajobrazami, technologią i kuchnią, to najważniejszym odkryciem było coś prostszego: świadomość, że świat staje się naprawdę fascynujący dopiero wtedy, gdy odważymy się poznać go z bliska.
mw/aku


Komentarze (0) Skomentuj